niedziela, listopada 20, 2005

Santiago


Zwijamy sie czym predzej z Palenque, zeby ruszyc juz w strone Campeche. Nie planujemy nawet tak naprawde ze tam dojedziemy, godzina jest juz dosyc pozna, a kilometrow sporo. Naszym marzeniem jest jednak zeby chociaz dojechac tego dnia do plazy. Po ponad godzinie czekania, najpierw na stacji pozniej na drodze, postanawiamy ze jednak zdradzimy na chwile autostop i wezmiemy collectivo, zeby wywiozl nas na wielka autostrade miedzynarodowa, ktora pomykaja tiry. Wkrotce ladujemy na bardzo dobrej duzej stacji. Niestety jak zwykle prawie nie ma na niej samochodow. W Meksyku autostrady sa bardzo drogie i zapewne spora czesc pojazdow wybiera drogi bezplatne.
Marcin pyta, ja stoje przy drodze.W koncu zatrzymuje sie przy mnie jakis TIR, wiozacy z tylu traktor. Jedzie ponad 100 kilometrow w nasza strone. _Uwielbiam jezdzic TIRami, niestety maja jednak one to do siebie ze poruszaja sie dosyc wolno. Szczegolnie tak zdezelowany model, jak ten do ktorego wsiadamy... Kierowca jest mily, ale prawie nie gadamy. Wiekszosc czasu przesypiam (kolejna wielka zaleta TIRow: lozko!)
Po ponad dwoch godzinach podrozy wysiadamy, zeby znowu stanac przy drodze i po jakichs 20 minutach spotkac... czlowieka - zjawisko. Santiago. Wlasciwie to nie my zlapalismy jego na stopa, tylko on nas. Skonczyl jesc w przydroznym barze, i wyjezdzajac z powrotem na autostrade, wychylil sie z okienka TIRa i zapytal: Donde van? A Campeche. Campeche? Wsiadajcie, ja jade do Meridy. Do Meeeeridy????- zaswiecily nam sie oczy. Mozemy jechac z Panem? Jasne. Jestem Santiago. Mucho gusto.
Santiago to kierowca - marzenie kazdego autostopowicza. Wesoly, rozgadany, moze troche bardziej wloski niz meksykanski, a moze jest to tylko wrazenie, spowodowane jego spiewnym hiszpanskim z polnocy. Mieszka bowiem w Monterrey. Jak powiedzial ludzie z Poludnia nie sa tak mili jak ci z Polnocy. Oczywiscie... Jezeli wszyscy ludzie z Polnocy sa tacy jak on...
Mielismy przed soba ponad 300 kilometrow, zdazylismy wiec pogadac chyba o wszystkim. Santiago uwielbia zabierac autostopowiczow. Wspomnienia o nich i historie, ktore mu opowiadali kolekcjonuje niczym w jakims cennym albumie, chyba tylko po to zeby pozniej... opowiadac je nastepnym zabranym z drogi podroznikom. Historie w wersji podejrzewamy ze dosyc mocno podkoloryzowanej. Ilu bowiem kierowcow spotyka na swojej drodze... Amerykanke, ktora przez 2 tygodnie decyduje sie podrozowac TIRem, odwiedza dom TIRowca i jeszcze do tego gra mu przez cala droge na skrzypcach, ilu spotyka... Wloszke i Niemke, ktore pod wieczor klada sie na lozku, za glowa kierowcy, zaslaniaja je kotara, mowiac zeby im nie przeszkadzac, po czym caluja sie namietnie, co kierowca moze poznac, bo dobiegajacych zza kotary odglosach...? Mysle ze niewielu. Santiago spotyka.
Jedziemy powolutku, bo nasz kierowca wybiera tylko drogi bezplatne. Srednia predkosc jazdy po takich drogach tirem - 30/40 km/h. Za to... przejezdzasz ciagle przez jakies wioski, gdzie Santiago kupuje ci np. pomarancze z chile. Jakto z chile? Nie jedliscie nigdy pomaranczy z chile!? Niemozliwe! Jestescie w Meksyku, musicie koooniecznie sprobowac! Sprobowalismy. Dziwne ale calkiem smaczne. wkrotce potem Santiago kupuje ci slodkie bulki, pozniej krazymy w poszukiwaniu mleka, bo bulek bez mleka nie powinno sie jesc. Pozniej szukamy telefonu, zeby powiadomic naszych hostow z Meridy ze przyjedziemy dzien wczesniej (Santiago przewiduje dotarcie do Meridy na godzine 22). Jescze pozniej koncza sie papierosy, wiec trzeba koniecznie dokonac ich zakupu, co okazuje sie wcale nie byc latwe. W koncu przychodzi zmeczenie i Santiago musi koniecznie napic sie kawy, ktorej jak na zlosc zabraklo akurat na wszystkich napotykanych na naszej drodze stacjach...
Santiago opowiada tysiace swoich historii.Zajezdzajacych mu droge kierowcow obrzuca meksykanskimi kurwami. Nasz slownik hiszpanskiego poszerza sie o pare nowych cennych slow... Puszcza nam muzyke ze swojego regionu, spiewajac jednoczesnie, bo zna oczywiscie teksty na pamiec. Piosenki sa jak przystalo na Meksyk o milosci. Rzuca sie na siedzeniu, kiedy zobaczy tylko na ulicy jakas dziewczyne i pyta sie natychmiast Marcina jak mu sie podoba. Ma 29 lat i jest sam. Wiekszosc czasu spedza w drodze, wiec ciezko mu kogos poznac. Poza tym, jak twierdzi, nie ma chyba kobiety dla niego, tylko raz w zyciu byl naprawde zakochany... itd. itd. Rozmawiamy o wszystkim od milosci (to jeden z wiodacych tematow) az po poltyke.
Marcin jest bardzo zmeczony (patrz: noc w schronisku w Palenque. woda uderzajaca o blaszany dach...), wiec kladzie sie na lozku i troche przysypia. Jest juz pozno i martwi sie czy w ogole dojedziemy dzisiaj do Meridy. Santiago bowiem wcaaale sie nie spieszy. Zatrzymujemy TIR i wychodze razem z nim do sklepu. Wdrodze powrotnej do samochodu przysiadamy jeszcze w parku, bo chce chwile popatrzec na bawiace sie petardami dzieci. Pali zakupione w koncu papierosy. Widac po nim ze jest juz bardzo zmeczony. Mowi coraz bardziej szybko i niewyraznie. Mam naprawde problemy z jego zrozumieniem. Fakt. Moj hiszpanski jest kiepski, ale w koncu dochodzi to do jakiejs paranoji: Alejandra, zrozumialas? nie. przykro mi Santiago, powtorz jeszcze raz. A wiesz co znaczy to? A rozumiesz to slowo? Nie, nie, nie. I tlumaczenie mi kazdego slowa na okolo godzinami. Przykro mi, znowu nie rozumiem. Niewazne.
Wracamy do samochodu. O godzinie 22 znajdujemy jakis przydrozny bar dla TIRowcow. Jestesmy nadal ze 130 kilometrow od Meridy. Jest czarna noc. Otacza nas meksykanska selva. Gdzies pomiedzy Chiapas a Yukatanem. Marcin spi dalej, my wychodzimy. Santiago zamawia dwie kawy i hamburgera dla siebie. Chce mi rowniez kupic koniecznie cos do jedzenia, ale po dziesieciokrotnych zapewnieniach ze nic nie chce daje mi spokoj. Chociaz i tak nie wierzy ze nie jestem glodna. Wstydzisz, sie poprostu sie wstydzisz - powtarza w kolko. I ma racje. Jest mi glupio ze przez caly dzien za wszystko za nas placi.
Ma czerwone przymkniete oczy. Modli sie w nieskonczonosc nad filizanka kawy i kolejnym papierosem. W koncu idziemy do samochodu.Marcin sie zrywa, w nadzieji ze w koncu pojedziemy dalej w strone upragnionej Meridy. Teraz jest czas odpoczynku - oznajmia z usmiechem Santiago, po czym rozklada sie wygodnie na siedzeniu, wyciagajac nogi na kierownicy. Wkrotce po tym prosi Marcina, zeby usiadl na jego miejscu, a sam wtarabania sie lozko. Rzuca sie na posciel i udaje ze chrapie. Po chwili wybucha szalenczym smiechem. My rowniez sikamy ze smiechu. Sytuacja jest komiczna. Teraz jest czas odpoczynku - powtarza. Kaze Marcinowi przekrecic kluczyk w stacyjce, zaczyna udzielac mu pierwszych wskazowek, w jaki sposob prowadzi sie TIRa. No, Marcin, jedziemy! Jak ty nie pojedziesz, to zostajemy. Patrzymy sie po sobie z usmiechem.
Oczywiscie Marcin nie rusza i zostajemy... Noc w TIRze. O tyle meczaca, co klimatyczna. Santiago z tylu, my na siedzeniach. Bardzo trudno przybrac jakas wygodna pozycje do snu. Troche przysypiam, ale oparcie na reke strasznie wbija mi sie w plecy. Nagle widze nad soba twarz Santiago, ktory... wklada mi pod plecy poduszke. Zaczynam zakrywac sobie nogi polarem, natychmiast opatula mnie kocem. Zastanawiam sie, skad sie biora tacy ludzie?
Tuz przed 6 zrywa sie i niczym nigdy nic, powraca na miejsce kierowcy. Znowu wesoly i ozywiony. Jak sie macie? Ruszamy!
Mkniemy w koncu w strone Meridy, tym razem juz dobra autostrada (bo juz sie nie placi na tym odcinku). Ja i Marcin wlazimy na lozko i staramy sie jeszcze zdrzemnac. Okolo 8 jestesmy w koncu w Meridzie. Wymieniamy sie adresami. Santiago udaje ze zalewa sie rzewnymi lzami. Ostatnie zdjecie.
Bede tesknil. My tez.

Autor: Ola

Brak komentarzy: